O autorze
Projektant architektury, architekt wnętrz, historyk sztuki, konserwator. Autor projektu klasycznej zabudowy ambasady USA i licznych realizacji na Zamku Królewskim w Warszawie.

Co zawdzięczamy kolekcjonerom?

W „Martwej naturze z wędzidłem” Zbigniew Herbert w kilku słowach ujął to, co miłośników i zbieraczy opisuje. Kolekcjonerstwo, specyficzny rodzaj ludzkich namiętności, jest przejawem miłości wobec rzeczy. Jego źródła sięgają najzwyklejszej potrzeby gromadzenia wokół siebie przedmiotów, czy też ozdabiania nimi swojego miejsca na ziemi.

Historia kolekcjonowania sięga zapewne początków istnienia piękna, a przywiązanie do rzeczy bywało siłą tak potężną, że zamawiano u malarzy portrety ulubionych przedmiotów, aby przedłużyć ich trwanie, potwierdzić istnienie. Dzięki kolekcjonerom, a nie instytucjom państwowym, zachowano na świecie najwięcej skarbów kultury, dzieła największych twórców.



Wielkie kolekcje stanowiące oś dziedzictwa i dumy narodowej, jak zbiory Czartoryskich, Zamoyskich, Raczyńskich, Tarnowskich i wiele innych, czy kolekcje Strzałeckich, Studzińskich, Wierzejskich, powstawały w czasach, kiedy nie istniały regulacje prawne, zaś Uniechowskich, Starowiejskich, Szarków czy Janiaków bez oglądania się na nie. Stała za tym ogromna wiedza, wrażliwość i potrzeba gromadzenia piękna, często powiązana z poszukiwaniem znaków rodzimej przeszłości. W komunistycznych realiach, kiedy złotówka miała wartość umowną, dzieła sztuki stały się ekwiwalentem pieniądza. Zrozumiała była i potrzebna, wynikająca z tej sytuacji, restrykcyjna polityka ich eksportu. Z chwilą, kiedy sytuacja się odwróciła, ten aspekt zaczął zatracać sens. Przetrwało jednak z czasów komunistycznych przekonanie, iż dziedzictwo narodowe może być utracone na rzecz zachodnich kolekcjonerów.

Sztuka rodzima jest traktowana w kategoriach fetyszu, który może być nam odebrany przez drapieżny rynek zachodni. Tymczasem polska sztuka, jeżeli kupowana jest na zachodzie, to przeważnie, aby sprzedać ją w Polsce, która, jako rynek lokalny, nie ma poważniejszej międzynarodowej pozycji.

Obecnie obowiązujące restrykcyjne polskie przepisy prawne budzą zdziwienie w sytuacji, kiedy jesteśmy częścią Unii Europejskiej z zasadą swobodnego obrotu towarem. Wywóz przywiezionego do sprzedaży obiektu nadal formalnie podlega niezwykle złożonym procedurom, podczas gdy w praktyce przy braku granic jest nieuchwytny. Oto przykład regulacji prawnej budzącej u niejednego zdziwienie:

„Zgodnie z zapisami w/w ustawy na wywóz zabytków za granicę Polski jest wymagane w stosunku do konkretnych przedmiotów, określonych przez ustawodawcę poprzez podanie kategorii oraz kryterium wartości. W stosunku do tych przedmiotów możliwe jest wydanie następujących pozwoleń: jednorazowe na stały wywóz, jednorazowe na czasowy wywóz, wielokrotne pozwolenie indywidualne na czasowy wywóz lub wielokrotne pozwolenie ogólne na czasowy wywóz. Tryb składania wniosków oraz wzory i tryb wydania:
1) jednorazowego pozwolenia na stały wywóz zabytku za granicę;
2) jednorazowego pozwolenia na czasowy wywóz zabytku za granicę;
3) wielokrotnego pozwolenia indywidualnego na czasowy wywóz zabytku za granicę;
4) wielokrotnego pozwolenia ogólnego na czasowy wywóz zabytków za granicę;

a osoba fizyczna lub jednostka organizacyjna, w której posiadaniu znajduje się zabytek, daje rękojmię, że nie ulegnie on zniszczeniu lub uszkodzeniu i zostanie przywieziony do kraju przed upływem terminu ważności pozwolenia. czasowy wywóz zabytków za granicę jest jednak dopuszczalny po uzyskaniu:
1) jednorazowego pozwolenia na czasowy wywóz zabytku za granicę albo
2) wielokrotnego pozwolenia indywidualnego na czasowy wywóz zabytku za granicę, albo
3) wielokrotnego pozwolenia ogólnego na czasowy wywóz zabytku za granicę.”


Jak widać, dzieła sztuki niczym ludzie w systemie totalitarnym, wymagają paszportów wielokrotnych, jednokrotnych, deklaracji, trybów składania wniosków, a nawet rękojmi! Poważny wysiłek włożony w budowanie abstrakcyjnych barier dla nieistniejących granic daje rezultat odmienny od zamierzonego. W konsekwencji tej postawy przypada nam rola rynku prowincjonalnego. Ten, przy braku międzynarodowych autorytetów, jest narażony na liczne nadużycia i nieuczciwości.

Mamy wiele przykładów z niedawnej przeszłości, jak łatwo manipulować takim rynkiem. Budzi on wątpliwości poważnych inwestorów i ogranicza szanse młodych artystów na rynku międzynarodowym, który będzie dbał o graczy z jego strefy. Co bowiem stanie się z dziełami po śmierci wypromowanego artysty? Trzeba będzie ubiegać się o zgodę na wywóz jego dzieł? Znalezienie w Polsce rzeczoznawcy, który wyda liczącą się na świecie opinię, dotyczącą poważniejszego dzieła sztuki europejskiej, czy nawet polskiej, nie jest możliwe. Muzea mają zakaz (sic!) wydawania opinii, zamiast być instytucją służebną dla obywatela. Domy aukcyjne, czy galerie na rynku lokalnym nie mogą budować zaufania, zwłaszcza, kiedy mowa jest o inwestycjach i współpracy z firmami ubezpieczeniowymi, czy bankami.

Ta abstrakcja staje się dopiero realiami dla wiązanych przepisami prawa międzynarodowych domów aukcyjnych. To jest przyczyna, dla której Polska jest starannie omijana przez tak potężne instytucje, jak Christie’s czy Sotheby’s, choć istnieją one w Pradze, Budapeszcie, nie mówiąc o Moskwie. Tworzą tam solidny rynek sztuki, współpracując z muzeami, kolekcjami państwowymi czy prywatnymi...

Roczne transakcje dziełami sztuki w Polsce to około 25 mln USD, z niewielkimi fluktuacjami. Jest to znacznie mniej, niż obrót na jednej aukcji w Paryżu czy Londynie. Ewidentnie ta polityka nie służy rozwojowi rynku sztuki. Może warto raz jeszcze przemyśleć, co jest zabytkiem, a co dobrem narodowym. Czy są to obiekty będące powyżej abstrakcyjnie określonej w ustawie wartości rynkowej, która co chwila ulega zmianie, czy dzieła sztuki, które powinny zakupić muzea. Może należy uznać wolny rynek za rzeczywistość, która i tak de facto istnieje, ale bez abstrakcyjnie zawieszonych nad nim, wydaje się, nierealnych i absurdalnych regulacji prawnych. Naszym zadaniem jest stać się częścią wolnej społeczności europejskiej i tworzyć warunki, które pozwolą na silne finansowe wspieranie rozwoju kultury ze środków, które wolny rynek pozwoli stworzyć.

W Wielkiej Brytanii aukcje dzieł sztuki rozpoczynają się z końcem XVII wieku rosnąc do obecnego obrotu ok. 1.8 miliarda funtów rocznie, co stanowi jedną z najwyższych pozycji w ekonomii kraju. Pozycja ta zwyżkuje około 8% rocznie. Import dzieł sztuki w 2014 w Wielkiej Brytanii to 6.6 miliarda funtów przekraczając eksport 5,8 miliarda (TEFAL ART MARKET RESEARCH), wyprzedzając USA. Innymi słowy otwarty rynek nie ulega drenażowi, ale fluktuacjom, a te stają się źródłem przychodów do budżetu przeciętnie ponad 1miliard funtów rocznie.

To z kolei pozwala na ogromne inwestycje w sztukę i dofinansowania instytucji kultury i muzeów do 60% ponad ich roczny dochód. To przenosi się na dochody z turystyki sięgające 6,7 miliarda funtów. Rynek dzieł sztuki pęcznieje, nie kurczy się w wyniku wyprzedawania dziedzictwa, jak uważają przeciwnicy zmian przepisów.

Rynek polski jest płytki, a zatem dochody z niego dla państwa mizerne. To główna przyczyna, dlaczego kultura nie może być właściwie finansowana z budżetu, stając się jego obciążeniem, nie źródłem dochodu.

Zmiana polityki na bardziej otwartą powiąże nas nie tylko z rynkiem sztuki zachodniej Europy, ale w dalszej konkluzji rozbudzi tak potrzebną wrażliwość na piękno szeroko pojętego społeczeństwa, jak to tłumaczył dawny minister kultury Wielkiej Brytanii, prezes Sotheby’s Lord Gowrie, podczas swojej wizyty w Polsce w 1994 roku. Sztuka bowiem służy ludziom, a nie państwom, a w narodach tworzy co najcenniejsze, to jest potrzebę piękna.

Przepisy prawne opracowała Magda Półtorak
Trwa ładowanie komentarzy...