Mój przyjaciel Zdziś

W tym roku upływa 25 lat od śmierci Zdzisława Ruszkowskiego. Urodzony 1907 roku w Tomaszowie Mazowieckim, zmarł 1991 w Londynie. Artysta- malarz. Syn Wacława, również malarza i nauczyciela sztuk pięknych. Studiował w krakowskiej ASP u Józefa Mehoffera i Wojciecha Weissa. Po ukończeniu Akademii zaangażował się w działania grupy „Pryzmat”, z którą wystawiał w Instytucie Propagandy Sztuki w Warszawie. Z rekomendacji Alberta Marquet otrzymał stypendium rządu francuskiego i w 1935 r. wyjechał do Paryża. Podczas wojny wstąpił do Wojska Polskiego w Wielkiej Brytanii gdzie ukończył kampanię w stopniu kapitana. Po wojnie pozostał w Anglii, gdzie mieszkał do śmierci w 1991r. Pozostawił żonę Jennifer oraz dwoje dzieci.

Zdzisław Ruszkowski to splot miłości do malarstwa, 19-wiecznej historii Polski i pejzażu nadbużańskiego. Studia rozpoczyna w Akademii Krakowskiej. W 1936  roku wyjeżdża do Francji, gdzie poznaje i zaprzyjaźnia się serdecznie z innym malarzem Wacławem Zawadowskim (Zawado), którego pomoc, często finansowa, pomaga przetrwać niełatwe początki. Tu też pod wpływem malarstwa Cezanne'a zaczynają się jego pierwsze analizy harmonii refleksów i cieni na płótnie jako malarskiej plamy.

Wojna zastaje go w okupowanej Francji. Jak wielu innych próbuje przedostać się do polskiego wojska, co było tak trudne jak ryzykowne. Ostatecznie przechodzi zieloną granicę wprzęgnięty do wózka cygańskiego druciarza w miejsce jego psa. "Wtedy nauczyłem się ekonomiki ciągnięcia wózka przez psa" - jak kiedyś wspominał..

Kamuflaż był udany i poprzez Pireneje, Hiszpanię dotarł do Gibraltaru. Stamtąd z chińską wizą, przedostał się do Anglii, gdzie wstąpił do polskiego wojska. Ukończył wojnę w stopniu kapitana. Zachował się zeszyt z rysunkami i notatkami ilustrującymi te przygody. Opublikowany w formie książki pod tytułem "Unofficial War Artist", przyjęty był bardzo życzliwie, rysunki porównywano do prac Daumiera…Poznali się na nim krytycy i jego regularne wystawy na Bond Street nigdy nie przechodziły niezauważone. Jednym z pierwszych kolekcjonerów prac Ruszkowskiego był sławny aktor Charles Laughton. Wiele z prac z tej kolekcji trafiło później do muzeum w Scarborough.

Poznałem Ruszkowskiego około 1973 roku, pojawiwszy się z polecającym listem prof. Jerzego Sienkiewicza, w progach jego pracowni. Po latach, kiedy już zawiązała się pomiędzy nami zażyłość, okazał się oceanem serdeczności i ciepła. Lody zostały przełamane, kiedy, podczas podlanej greckim winem "Otello" pogawędki, okazało się przypadkiem, że obaj niemal na pamięć znamy pamiętniki Aleksandra Fredry “Trzy po trzy”.

Mniej więcej w tym samym czasie miał miejsce niecodzienny incydent podczas wernisażu jego prac w prestiżowej galerii Rowland, Browse and Delbanco na Bond Street. Powinien okazać się klapą, choć stało się odwrotnie. Był to okres strajków górników w proteście przeciw reformom pani Margaret Thatcher. Oszczędności zmuszały rząd do sukcesywnego wyłączania w dzielnicach Londynu elektryczności. Padło akurat na Mayfair w chwili otwarcia wernisażu.

Zrobiło się ciemno, zapalono wkrótce kilka świec, ale o oglądaniu obrazów nie mogło być mowy. Goście pozostawali z kieliszkami w rękach gwarząc w półmroku. Na jednej ze ścian widać było zarys dużego obrazu przedstawiającego, w tym momencie, nieczytelny pejzaż. Po jakimś czasie zapaliło się światło i wtedy, na fiszce pod obrazem ukazały się... cztery czerwone kółeczka. Tyle osób postanowiło kupić obraz "w ciemno". Wśród innych obrazów na wystawie został sprzedany olejny portret Henry Moore'a. Studio malarza przy St. Thomas Gardens sąsiadowało z pracownią sławnego rzeźbiarza. Łączyła ich wieloletnia przyjaźń.

Emocjonalnie pozostawał silnie powiązany z Polską. Widoczne to było po każdej wizycie w kraju, skąd przywoził masę szkiców, najczęściej z rodzimego Brańszczyka. Zachowały się też  w Polsce nieliczne, chyba jeszcze z przed wojny zażyłości.  Do nich zaliczał się Jan Cybis i historyk sztuki profesor Jerzy Sienkiewicz. Spotkania z tym ostatnim bywały często burzliwe. Podlane greckim winem "Otello" odmienności w poglądach na tego czy innego malarza kończyły się nie raz tęgą awanturą. Jedna z nich miała miejsce w National Gallery i ciężko było spacyfikować rozindyczonych adwersarzy. Dokonała tego dopiero pewna piękna Polka Maria Dyduszyńska. Poszło, zdaje się, o Carpaccia. Innym, łatwym powodem do draki, były zaniedbania w starannej polszczyźnie. Pozostał mi w pamięci komentarz na zaanonsowane przez historyka, Aleksandra Daszewskiego jako kluski, jego autorstwa spaghetti…TO NIE KLUSKi, TO MAKARON!!! -wyprowadzał głośno oburzony patriota...

Kiedyś podczas rozmowy o Anglii, zauważył "co to za kraj, gdzie nie ma kałuż...". Zapewne wiedział, że ludzka wrażliwość potrafi dostrzec w nich niebo. Jego malarstwo miało coś z wiosennej podorywki. Wyobraźnia była starannie przemyślanym i kontrolowanym narzędziem w skomplikowanej materii obrazu. Niezwykła migotliwość i płynność form pozwalała wielu krytykom szukać analogii z Bonnardem, ale, jak twierdził Timothy Garton-Ash, tak naprawdę szedł własną niepowtarzalną drogą. Niezwykła liryka zawarta w jego płótnach nie była sumą przypadków, lecz wynikała z gruntownej wiedzy, fenomenalnej wrażliwości na kolor i pracy nad płótnem. Sztuka była dla niego najważniejszym życiowym posłannictwem. Był niezwykle precyzyjny, konsekwentny, z pełną świadomością co wart jest jego talent. Często podkreślał, że nawet w ciężkich chwilach, nigdy nie zarabiał inaczej jak malarstwem. Miał do niego ogromny szacunek i zanim płótno zostało uznane za ukończone, zalegało często latami sklejone z innymi, zanim znalazła się odpowiedź na nierozwiązane zagadnienie. Używał wolno schnącego oleju makowego, także obrazy schły latami, dzięki czemu często niosły poza swoimi, cannelloni z warstw farby sąsiadujących na półkach innych płócien. 

Pasowało do jego malarstwa powiedzenie Choromañskiego o Conradzie "Słowacki mórz południowych". Jego obserwacja natury była bliska przenikliwości Conrada, zaś angielszczyzna równie egzotyczna. BBC przeprowadziło niegdyś z nim wywiad. Padło wówczas pytanie, gdzie najchętniej maluje. "I have a cottage near England" padła druzgocąca angielszczyznę odpowiedź. Nieoczekiwanie też wnikliwa, bo i Ruszkowski był zawsze trochę "obok" Anglii. 

Po wielu latach znajomości zostałem zaproszony do wspomnianej wiejskiej posiadłości malarza  w Lime Regis. Było to w podczas otwarcia sezonu cidre'u. Niejedna mocna głowa nie wytrzymywała tych emocji. Wśród ofiar znalazł się serdeczny przyjaciel i uczeń naszego malarza, General-Brygadier Brian Horrocks, znaczna osobistość w historii II Wojny Światowej. Do wieczora, póki kierowca nie przyszedł do siebie, spięty skórzanymi pasami nos jego sportowego Bentleya z 1931 roku drzemał w przydrożnym rowie.

Forteca Zdzisia opasana była murem z krzemienia porośniętego gęsto rododendronami. Wewnątrz trzy z angielska nazywane kotydże, gdzie jeden służył za pracownię, drugi jako mieszkanie, zaś w trzecim zalegali goście. Jak każda wizyta i ta u Ruszkowskiego znajdowała swój koniec. Sygnałem była powtórnie, raz już kiedyś podana potrawa. Gotował zawsze sam i nieźle. Nikomu nie wysychało przy tym w gardle. W gorących dyskusjach niemałą rolę odgrywały pożółkłe paluchy, pomiędzy którymi tlił się cherutte, rodzaj cienkiego cygara. Nad nim po oficersku przycięty wąs w cieniu potężnego nosa z parą bystro patrzących niebieskich oczu. Malował zawsze od ranka, który rozpoczynało golenie przy studni na golasa, przy akompaniamencie wyśpiewywanych głośno przyśpiewek pułkowych tzw “żurawiejek”.

Często zżymał się na skromną rangę rodzimego kolekcjonerstwa w porównaniu ze zbiorami angielskimi czy francuskimi. Upatrywał w niej, chyba nie całkiem słusznie, obojętności elit na sztukę. Niemniej, kiedy znany kolekcjoner poloników, Jan Sapieha przypadkowo zachodząc na jego wernisaż, poprosił skromnie, żeby przekazać mu jak niezwykle piękne jest jego malarstwo, był tym niezwykle ujęty i wzruszony. Zbliżyli się bardziej przy innej okazji i chyba zbyt późno, biorąc pod uwagę ich natury, jaką drogę obaj musieliby przejść, aby się wzajemnie głębiej poznać. Kiedy pewien belgijski dyplomata o polskich korzeniach i historycznym nazwisku kupił dwa jego obrazy i zapłacił bez słowa niemałą cenę, Ruszkowski napomknął wtedy-"jest Pan pierwszym Polakiem, który kupił mój obraz". Bolała go obojętność kraju na jego sztukę. Profesor Stanisław Lorentz odwiedzając go wielokrotnie, sugerował jakieś dary dla muzeum w Warszawie. "Kupcie coś najpierw, potem będziemy rozmawiali o darach”.
Kiedy wybuchł stan wojenny liczne odznaczenia przyznane mu przez PRL odesłał do ambasady z tak zwięzłym jak nieparlamentarnym komentarzem…

Jego patriotyzm był oparty na niezwykle gruntownej i często krytycznej, znajomości historii Polski i literatury. W maleńkim pokoiku sąsiadującym z londyńskim studiem od podłogi po sufit na regałach stały książki związane z Polską. Wśród nich porcelanowe figurki polskich oficerów z okresu Napoleona, gdzie olejną farbą z pasją nanosił poprawki w błędach mundurowych. Mundury polskie to była jego wielka pasja i kolosalna wiedza. Uratował kiedyś pewnego kolekcjonera poloników od poważnej wpadki, słusznie odrzucając z opisu przez telefon atrybucję Christie's polskiego czaka. W muzeum Sikorskiego znajduje się, wykonany w technice mieszanej, przepiękny album formacji pułków polskich z powstania listopadowego. 

Przekonania religijne Ruszkowskiego były mieszaniną nieufności do kleru i instynktownej wiary. Bodaj jedyny jego obraz o tematyce religijnej “Ukrzyżowanie", stał się na tyle złożoną wypowiedzią, że, bodaj, jako pierwsze dzieło polskiego malarza, doczekało się miejsca w Tate Gallery. Wychowany po katolicku, pamiętał dawno zapomniane pieśni wielkanocne, które wyśpiewywał z równie czarującym jak opasłym, księdzem Milewskim podczas mocno podlanych i pięknie przygotowanych przez innego malarza, Annę Kozłowską, świąt. O ile wiem, była to jedyna znana mu kobieta, której obrazy wyraźnie cenił, a o to nie było łatwo.  

Ostatnie wystawy, organizowane były przez jego przyjaciela i wielkiego kolekcjonera Michaela Simonowa, którego zbiory zawierają takie nazwiska jak Vincent van Gogh, Pierre Renoir, Kes van Dongen, Pierre Bonnard czy Pablo Picasso. Ruszkowskiego zawsze widział jako perłę w koronie.  Przed śmiercią, dotknięty utratą wzroku, nasz malarz zaczął rzeźbić. Pozostało z tego okresu kilka wspaniałych dzieł. Próbował też malować, i niezwykłe były to obrazy. Kładł kolory częściowo z pamięci, podobnie jak stary Beethoven dźwięki, komponując swoje symfonie.

Rozwibrowane, zaostrzone, intensywnie prześwietlone barwy, podobnie jak późne obrazy Tycjana, stały się urzekającą i piękną wypowiedzią malarza w walce z nadchodzącą śmiercią.
Na krótko przed odejściem doczekał się propozycji wystawy jego malarstwa złożonej Muzeum Narodowemu w Warszawie przez lorda Gowrie, prezesa "Sotheby's". Wysoki rangą pracownik muzeum, na którego biurku wylądował ten list odrzucił projekt, tłumacząc się problemami z ubezpieczeniem i tym, że "publiczność polska nie zrozumie tego malarstwa". Ruszkowskiemu przeczytano go na tydzień przed śmiercią. Trudno nawet dziś zapomnieć jak bezbrzeżną głupotą był ten list. 

Nie wiem, czy przed jego domem na St. Thomas Gardens nadal istnieje jego mozaika, po której nieomylnie trafiałem w małe drzwi prowadzące wąskim korytarzem suteryny obok biblioteki, do rozległej pracowni. Po jednej stronie stała kanapa z wielką chustą śląską pełną dziur. Gołej ściany za nimi nie było widać, bo zamalowana była misternie we wzór tkaniny olejną farbą. Pod taboretem urzędowała suczka Kita, na nim utytłane farbami taśmy z nagraniami oper i Mazowsza. Na przeciwko stały sztalugi obwieszone barwnymi stalaktytami z farb, zaś obok, za “zadrozdką” ciągnęły się półki pełne obrazów. Jakoś mniej więcej około 1970 roku, po raz pierwszy zobaczyłem je opustoszałe. Z pracowni znikły niemal wszystkie płótna. Okazało się, że wykupił je jakiś francuski bank. O ile wiem, żaden z tych obrazów nigdy się nie pojawił w rynku sztuki. 

Jego płótna były wystawiane w Tate Modern, National Gallery of Scotland, National Museum in Sheffield, Leeds Art Gallery, Modern Art Museum in Scarborough. Obecnie kolekcja jego prac jest wystawiona w Collection Departamentale du Patrimoine, Abbaye de Flaran. Płótna tego polskiego artysty wiszą wśród obrazów malarzy tej miary jak Picasso, van Gogh, Renoir, Bonnard. Ruszkowski, poza malarstwem był również autorem szeregu książek dla dzieci, które sam ilustrował, podobnie jak książki innych autorów. Pozostawił też liczne grafiki i kilkanaście rzeźb. Wydany przed śmiercią malarza niezwykle sumiennie opracowany, katalog raisonnèe jest wspaniałym dokumentem dorobku tego, jednego z największych polskich artystów.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...